28 paź 2008

dzień 8 - ciągle Marrakech

Ostatni dzień w Marakeszu spod znaku smutku i łez, czy coś w tym rodzaju. Ale postanowiliśmy go przeżyć jak "zwykły dzień w Marakeszu".
Zaczęło się od miętowej herbatki (pierwszy raz), miejscowy trunek robiący za piwo, whisky, wiono no i herbate. Powód naszych szyderczych uśmiechów, kiedy to mijając kolejny "bar herbaciany" powstrzymywaliśmy się od salw śmiechu, patrząc na tych mężczyzn stłoczonych przy takowym barze, robiących groźne miny i zdających się ignorować fakt, że w tej mordowni chłopaki raczą się tylko miętową herbatką...

Czekając na nocny autobus do Fezu, a nie mając już pokoju hotelowego, ale hotel jako budynek był dla nas otwarty (ot, taki miły kierownik), spędziliśmy wieczór na tarasie rodem z Parku Güell, przysłuchując się echom nawoływań muezina i jego konkurencji, z którą szans nie miał, czyli szaleńcze dzwięki z Jaama el Fna. Na koniec jeszcze kolacja w mariocie, w luźnym przeliczeniu 12 zł ;) z kotem pod stołem... taki tutejszy standard.
Pozostało już tylko ostatni raz odwrócić się na ten cyrk i dalej jazda nocnym do Fezu.


Minaret meczetu Kutubijja


Odpoczynek na tarasie naszego Hotelu 'Afiquia'




Marokańska whisky - miętowa herbata z cukrem


Jaama el Fna nocą

Brak komentarzy: