Fes jak fest do dupy...
Choć od początku Fes był na przegranej pozycji - czuliśmy się jak dzieci przedwcześnie wyciągnięte z wesołego miasteczka i zabrane na nudny wyjazd do cioci.
Staraliśmy sie odpowiednio podejść do tego miasta jako antyturyści, ale się nie udało. Może to wina kolejności podróży, albo tego chłopaka, który kupił naleśnika na bazarze i jakby nigdy nic włożył go do kieszeni... nie, jego na pewno nie.
Duszno, ciasno, z górki, pod górkę... tak, jakbyśmy suków nie widzieli. Asia pobiła rekord pod względem usłyszanych ofert matrymonialnych, a ja po zwględem groźnych min fundowanych miejscowym chłopakom. Plus obskurny hotel (i tak był najlepszy spośród tych, które widzieliśmy tego dnia), tego było po prostu za dużo. Rano uciekliśmy cichaczem, jakby nas tu w ogóle nie było, ale za hotel zapłaciliśmy.
Miejsce to olał również aparat fotograficzny i kamera.
Medresa
Suki
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz