skip to main |
skip to sidebar
Koty wszędzie - święte krowy
Psy z poczuciem winy istnienia (poważnie)
Hello Sweety, Sindy, Je t'aime itd. itp.
Tatuaże na twarzach staruszek - mają niedopuścić złych duchów do ust i nosa
Ciasne, brudne, przepełnione suki
Krzyki na dworcu autobusowym - musisz się przyznać dokąd jedziesz...
Taxi za 2 zeta, jeśli jest taxometr
Naciągacze co krok
Kafelki, mozaiki - jak u rzeźnika, tylko bardziej kolorowo
Miętowa herbata i kawa - trunek tutejszych żuli
Król na każdej ścianie
Brak koszy na śmieci - bo czemu nie wyrzucić kubka po jogurcie przez okno autobusu (na dworcu)
Syf na kółkach - lokalny autobus
Znaki pionowe i poziome - a po co się do nich stosować
Światła dla pieszych - wystarczy, że są dla samochodów
Przejście przez ulice? Albo zdążysz albo nie!
Naleśniki na wagę
DJ Muezin, tylko 5 razy dziennie (od 4tej rano)
Coca-Cola tak tania jak woda, woda tak droga jak Coca-Cola
25 stopni w cieniu - tu już potrzebne są kozaki i puchowe kurtki
60 rodzajów soków
Łazienka = dziura, prysznic, umywalka - 3 w 1
Góry, lasy, pustkowia, morze, ocean, pustynia... tam jest wszystko!












3000 km - 4 h
300 km - 4 h
jednak o ile mniej stresu ;) pociąg do Katowic...
Powrót do Polski... ale się stęsknilismy :P jednak dobrze jest poczuć cywilizację...
Nocleg w Milanówku. Pozdrowienia dla Moniki i Grzeska!
Do Malagi przez Wazzan, Tanger, Tarife i Algeciras...
Afiryka pożegnała nas burzą... widać było jej żal.

Port w Tarifie

Prom FRS
Ulga w Meknes, potrzebowaliśmy tego miasta, podzielonego na starą część (tradycyjnie medyna i nową - francuski wkład w rozwój miasta). Władca, krwawy Mulaj Ismail rywalizował z Wersalem, a my szukaliśmy wygodnego łózka w miarę normalnym hotelu. Nam się udało, Ismailowi nie. Miasto, jak się dowiedzieliśmy z przewodnika, było rozgrabione, posłużyło jako budulec do budowy pałaców, bram itd. Tak z resztą to miasto zostało również zbudowane, więc jakoś mniej żal.

Spichlerz

Mozaika

Bab al-Mansur

Taras naszego hotelu 'Maroc'
Fes niefajny jest...
Fes jak fest do dupy...
Choć od początku Fes był na przegranej pozycji - czuliśmy się jak dzieci przedwcześnie wyciągnięte z wesołego miasteczka i zabrane na nudny wyjazd do cioci.
Staraliśmy sie odpowiednio podejść do tego miasta jako antyturyści, ale się nie udało. Może to wina kolejności podróży, albo tego chłopaka, który kupił naleśnika na bazarze i jakby nigdy nic włożył go do kieszeni... nie, jego na pewno nie.
Duszno, ciasno, z górki, pod górkę... tak, jakbyśmy suków nie widzieli. Asia pobiła rekord pod względem usłyszanych ofert matrymonialnych, a ja po zwględem groźnych min fundowanych miejscowym chłopakom. Plus obskurny hotel (i tak był najlepszy spośród tych, które widzieliśmy tego dnia), tego było po prostu za dużo. Rano uciekliśmy cichaczem, jakby nas tu w ogóle nie było, ale za hotel zapłaciliśmy.
Miejsce to olał również aparat fotograficzny i kamera.

Medresa

Suki
Ostatni dzień w Marakeszu spod znaku smutku i łez, czy coś w tym rodzaju. Ale postanowiliśmy go przeżyć jak "zwykły dzień w Marakeszu".
Zaczęło się od miętowej herbatki (pierwszy raz), miejscowy trunek robiący za piwo, whisky, wiono no i herbate. Powód naszych szyderczych uśmiechów, kiedy to mijając kolejny "bar herbaciany" powstrzymywaliśmy się od salw śmiechu, patrząc na tych mężczyzn stłoczonych przy takowym barze, robiących groźne miny i zdających się ignorować fakt, że w tej mordowni chłopaki raczą się tylko miętową herbatką...
Czekając na nocny autobus do Fezu, a nie mając już pokoju hotelowego, ale hotel jako budynek był dla nas otwarty (ot, taki miły kierownik), spędziliśmy wieczór na tarasie rodem z Parku Güell, przysłuchując się echom nawoływań muezina i jego konkurencji, z którą szans nie miał, czyli szaleńcze dzwięki z Jaama el Fna. Na koniec jeszcze kolacja w mariocie, w luźnym przeliczeniu 12 zł ;) z kotem pod stołem... taki tutejszy standard.
Pozostało już tylko ostatni raz odwrócić się na ten cyrk i dalej jazda nocnym do Fezu.

Minaret meczetu Kutubijja

Odpoczynek na tarasie naszego Hotelu 'Afiquia'


Marokańska whisky - miętowa herbata z cukrem

Jaama el Fna nocą
Po przejażdżce wypaśną terenówką po dzikich terenach Maroka, a wcześniej wytargowaniu w biurze podróży 100 dirchamów (kolejny znak, że się już zaklimatyzowaliśmy), dotarliśmy do kaskad, zespołu kilku największych wodospadów w Maroko, w rejonie Atlasu Wysokiego.
Rejon wręcz pocztówkowy z lasami oliwnymi, górskimi zboczami i wioskami berberyjskimi (ci z kolei zarzekali się, że są autentyczni). Szkoda byłoby nie napisać o małpim stadzie spotkanym na drodze, chociażby dlatego, że to pierwsze małpy na wolności, jakie mieliśmy okazję zobaczyć.
Po powrocie do Marakeszu, a raczej Jaama el Fna, po raz ostatni daliśmy się zbajerować (czyt. zjedliśmy kolację w tyglu lamp gazowych, kuchni na kółkach i ostatnim bastionie nie dającym się pokonać sanepidowskiej ofensywie).

Małpie stadko - całkiem oswojone




Tak, teraz już wiemy, że Marakesz to jedyne takie miejsce na świecie. Marokańczycy kontra reszta świata, walka na dirhamy, wg tutejszych reguł, chyba nikt nie ma szans i nikt nie zamierza sprawować kontroli. Chyba nikt nie ma złudzeń, jak jest tutaj, na tym "świecie".
Siedząc w restauracji, zastanawialiśmy się, o czym śpiewają ci poprzebierani goście, pewnie o dawnej świetności swego kraju i króla. Jest to pieśn, którą w pewnością mógłby nucić teraz cały naród. Co się zmieniło...? Patrząc na Marakesz, śmiemy twierdzić, że nic. Wciąż miasto, jak wielki organizm, żyje na wolności nieskrępowane od setek lat.
Żywiące się obcymi przybyszami, pragnącymi spróbować dań na ulicy, jeździć taxówkami bez taxometrów i być na siłę wciąganych do sklepów. W ten sposób Marokańczycy utrzymują niepokonaną enklawę w Marakeszu, gdzie poza wszystkim co zewnętrzne, rabują turystów, a ci nigdy nie będąc w setkach sytuacji, co dzień fundowanych im przez Marokańczyków, chętnie oddają się masochizmom starego placu i starych zwyczajów.

Zaklinacz węży na Placu Jaama el Fna

Podstawowy srodek transportu

Nasz pokój w Hotelu 'Afriquia'

Tajine i kuskus - zmora Europejczyków